Dlaczego warto uczyć się języka np. angielskiego w wakacje? Powodów jest pewno z milion, ale najważniejszym z nich jest ten najbanalniejszy: otóż, aby się nie wyzerować. Co to znaczy i jak zmobilizować siły i znaleźć motywację radzi nauczyciel i tłumacz języka angielskiego Mateusz Ostrowski, właściciel Pracowni Języków Obcych „Aslan” w Turku. 

Wraz z końcem roku szkolnego, młodzież, dzieci i młodzi dorośli (w większości zasłużenie) udają się na wakacje, czyli na dwu lub trzy miesięczny okres odpoczynku. W myśl zasady „too much love will kill you”, ukułem zasadę - „too much break will kill your English”.

Dlaczego: gdy po tak długiej przerwie stęskniony nauczyciel i rozentuzjazmowani uczniowie wpadają sobie wreszcie w ramiona, najczęściej okazuje, że proces edukacyjny należy zacząć właściwie od nowa, gdyż iż nastąpiło zresetowanie mózgu.

Tak jak wielu jest ludzi, tak wiele jest też i efektywnych metod nauczania. Niestety, w zasadzie nie ma uniwersalnego środka dla wszystkich, choć metodą najbliższą ideału (moim skromnym zdaniem) jest całkowite zanurzenie się w języku, którego staramy się nauczyć, więc dlatego, że osobiście uczę j. angielskiego jemu też nadam rolę bohatera tego „artykułu”, choć jestem absolutnie pewien, że to o czym za chwilkę będzie mowa tyczy się w równym stopniu każdego języka obcego jaki istnieje w tym pięknym świecie. 

Sposobów na zapamiętywanie słówek, zwrotów, fraz i innych ekscytujących elementów języka jest dużo; można np. spisywać je sobie na karteczkach, można je zapisywać tematycznie, np. zwierzęta, części ciała, itp. Osobiście wierzę jednak w moc „obcowania” z angielskim jak najczęściej, wspomnianego wcześniej „zanurzenia”. Czyli, jadąc gdzieś samochodem zamiast muzyki włączamy sobie jakiegoś audiobooka, podcast, znany amerykański portal z milionami filmików jest wypełniony po brzegi treścią anglojęzyczną (każdojęzyczną, tak na ścisłość ;-)), korzystajmy z tego.

Słuchając, oswajamy się z brzmieniem, rytmem, frazowaniem, podkreślaniem, mnogością akcentów; oswoiwszy się ze sposobem mówienia tzw. Native speakera będzie nam o niebo łatwiej mówić w języku, o który tak bardzo walczymy…

To prowadzi nas do następnego punktu: czytanie. Czytajmy jak najwięcej po angielsku! I tak, oczywiście, czytajmy sobie po cichutku rozkoszując się przetwarzaną treścią, ALE naszym prawdziwym przyjacielem będzie czytanie na głos. Dlaczego?? Ano dlatego, że zatrważająco wielka ilość nas w mniej lub bardziej świadomy sposób boi się słyszeć swój głos mówiący po angielsku. Stając oko w oko z tym lękiem po prostu pozbędziemy się go.

To jest natura, nauka. Lata temu, ucząc się wspinaczki skalnej panikowałem nawet dwa metry nad ziemią, po kilku miesiącach konsekwentnego przełamywania lęku, wchodziłem już na większe rzeczy, w naturze, z dala od komfortu ścianki wspinaczkowej. Tak po prostu jest: CZYTAJ JAK NAJWIĘCEJ NA GŁOS, lęk zniknie. Każdy z nas słyszał lub powiedział takie coś: „ja tam to wszystko rozumiem, ale gdy przychodzi do mówienia to…”, nie bądźmy tacy, uczmy się wysławiać. Plus, uczymy się w ten sposób milionów słów, widzimy je, czytamy je, w ten sposób łatwiej jest nam też je sobie przyswoić.

Mówmy też jak najwięcej po angielsku. Po raz kolejny wracamy do stawania twarzą w twarz ze swym lękiem. Będąc na wakacjach za granicą starajmy się mówić jak najwięcej po angielsku, nieważne że nie zawsze dobrze wyjdzie, najważniejsze jest, by przełamać barierę, po kliku rozmowach poczujemy się pewniej i rozwiniemy skrzydła. Niektórym z nas dane było mieszkać za granicą, gdzie nauka j. angielskiego następowała metodą tzw. podłapywania (acquisition), pracując gdzieś zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę i po prostu musieliśmy mówić i koniec.

Tutaj nie mamy takich luksusów, głęboką wodę musimy stworzyć sobie sami. Uważam, że nie ma nic lepszego niż spotkania z nauczycielami, którzy są „mocni w gębie” i z którymi można dużo rozmawiać, a kiedy pośród takich nauczycieli znajdują się np. Amerykanie bądź Brytyjczycy, wtedy można powiedzieć, że złapałeś Pana Boga za nogi.

Więcej na: https://www.facebook.com/aslanpjo/?fref=ts